Jesteśmy panami świata, mistrzami nowonarodzonych myśli, zamkniętymi w sobie
RSS
niedziela, 04 maja 2008
Jak widać blox postanowił ogłosić strajk i nie pozwolił mi na publikcję rozdziału drugiego w jednym wpisie. Próbowałam walczyć ze stylami przez jakieś trzy godziny. Na próżno. Okazuje się, że jedynym sposobem na pozbycie się odstępu między akapitami jest wklejenie tekstu z Worda, co dodaje tonę niepotrzebnego kodu. Taka sytuacja może się jeszcze nieraz powtórzyć, toteż zapowiadam – podział rozdziałów następuje wyłącznie z przyczyn technicznych. Proszę je czytać w całości.

— Czy mogę ci jakoś pomóc? — zapytała wślizgując się do ciemnego pokoju na piętrze.

Oswald milczał. Dziwny smutek stał się dla niego jeszcze bardziej dotkliwym. Coś ściskało mu serce. Tak właściwie nie był pewien, czy chce pomocy, czy woli zastanawiać się nad swoimi problemami sam.

— Nie możesz poddać się zgubnym emocjom, — powiedziała cicho.

— Nie mam zamiaru, — odparł.

— Ale już się im poddajesz.

Westchnął i wbił wzrok w podłogę.

— To przejdzie. Najdalej za dzień lub dwa, ale przejdzie. Zawsze przechodzi, — próbował się tłumaczyć, mimo, iż z każdą sekundą opór wydawał mu się coraz śmieszniejszy. Właściwie nie miał sensu.

Uśmiechnęła się lekko i usiadła obok niego. Sam jego wyraz twarzy można było uznać za przyzwolenie.

— Wszyscy mężczyźni tak mówią. Przyznanie się do słabości wydaje im się porażką.

— Tak? — zdziwił się.

Dziewczyna skinęła głową.

— Sam tak robisz. Wmawiasz sobie, że wszystko jest w porządku, tymczasem siedzisz tu już tydzień i nic z tego nie wynika. Musisz wziąć się w garść.

— Chcę. Chyba nawet mam na to siłę. Ale nie mam ochoty wracać do świata. Wydaje mi się wrogi… nieprzychylny. Boję się, że mnie zmiażdży.

— A jednak przyznałeś się do nieporadności… — spojrzała mu w oczy z westchnieniem. — Wydajesz się inny niż mężczyźni, których poznałam. Może jeszcze nie dorosłeś, ale jesteś bardziej wrażliwy niż oni, patrzysz na wszystko innym okiem, głębszym. W tym postępowaniu jest wiele cech kobiecych.

Oswald pochylił się.

— Czy to czyni mnie gorszym? Dlaczego nie mogą tego zaakceptować? Tak samo jak z długimi włosami. Mówili „zetnij je, wyglądasz jak zbuntowany dzieciak”. Czy mają rację? Czy jest coś złego w noszeniu długich włosów?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

— Ale ich nie posłuchałeś…

— Nie, — uśmiechnął się lekko i przekornie. — Ja nie słucham ludzi. Ja tylko analizuję ich słowa i podejmuję własne decyzje.

— A jeśli oni mają rację?

Zmarszczył brwi i odwrócił wzrok.

— Nie po to zostałem obdarzony inteligencją, abym zdawał się na wolę innych, — podniósł się z łóżka i spojrzał na nią zmienionymi oczami. — Słucham słów, nie rad. Decyzje podejmuję sam. Nie lubię, gdy ktoś mną manipuluje.

— Nie unikniesz manipulacji.

— Ale będę się starał, kiedy to możliwe, — spojrzał w okno.

— A jeśli zachłyśniesz się tym pragnieniem niezależności?

Opadł na krzesło.

 Jestem dorosły. Zdolny do podejmowania właściwych decyzji.

— A jeśli się pomylisz?

— Nikt nie jest nieomylny. Popełniając błędy uczymy się życia!

Kobieta wstała i skierowała się ku wyjściu. Na jej twarzy zajaśniał ciepły uśmiech. Dochodziła północ. Cały świat wokół tonął w mdławej księżycowej poświacie. Zimny wiatr dął w okna, szyby łopotały w ramach. Padający na ulice śnieg przysłaniał widok przeciwległych budynków. Oswald nie mógł zasnąć. Powoli analizował usłyszane dziś słowa. Rozumiał, że pozostawanie tu dłużej nie ma sensu. Trzeba było wyruszyć w dalszą podróż.

Chłopiec służebny dorzucił drwa do kominka. Izba wypełniła się przyjemnym ciepłem. Znużeni pracownicy przysunęli ławę i zasiedli na niej, wpatrzeni w blask ognia. Niektórzy grzali spracowane dłonie, inni po prostu siedzieli nieruchomo. Milczeli. Gospodarz skinął na młodą kelnerkę i wskazał palcem na jedną jedyną osobę, poza personelem, która pozostała jeszcze w pomieszczeniu. Kobieta podeszła do siedzącego w kącie chłopca.

— Witaj ponownie, — zwróciła się do niego cicho, ale tym razem pogodnie, nawet pozwalając sobie na uśmiech.

— Witaj, — skłonił się Oswald. — Czym zasłużyłem sobie na uśmiech tak pięknej kobiety?

Usiadła naprzeciwko niego.

— Jesteś bardzo uprzejmy. Doprawdy doceniam wysiłek osób, które zajęły się twoim wychowaniem.

— Szacunek jest pierwszym warunkiem przyjaznej egzystencji w społeczeństwie.

— Toż to doprawdy piękna filozofia życia.

— Nie wiem, czy aż tak piękna, — wzruszył ramionami. — Tyle lat czytałem o niej w książkach – wydawała mi się idealna, godna przyjęcia za najwyższy imperatyw. Jednak potem spojrzałem na ludzi i to, co zobaczyłem okazało się jej całkowitym przeciwieństwem.

— Niewielu potrafi przenieść dobrą naukę w życie.

Westchnął. Jego chwilowe poruszenie osłabiło się i na powrót sposępniał.

— Ale dlaczego? — spytał retorycznie, podpierając głowę na dłoniach. — Czy aż tak trudno jest chociaż spróbować?

Uśmiechnęła się gorzko.

— Człowiek lubi obierać najkrótszą drogę. Czasem jednak okazuje się ona grząską i trudną do przebycia.

Spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem. Jego umysł odpłynął gdzieś daleko.

czwartek, 01 maja 2008

Deszcz uderzał rytmicznie w parapety i szyby okien. Ulicę powoli zalewał mrok późnego zimowego popołudnia. Zapalały się kolejne lampy oświetlając ponury zaułek przyćmionym blaskiem. Nad ziemią wisiały ciężkie granatowe chmury. Od kilku dni robiło się coraz zimniej, więc wszyscy spodziewali się rychłego opadu śniegu.

Oswald oparł ramiona na blacie stojącego pod oknem stolika i spojrzał ślepym wzrokiem w szybę. Czuł się zmięty, wstępnie przetrawiony i wypluty. Nie miał pojęcia, skąd bierze się u niego ten zły nastrój, który dopadał go ostatnimi czasy coraz częściej. Nie wiedział też co męczy go bardziej, czy ta okropna niemoc, którą stan ów wprowadzał, czy świadomość, że nie może się z niej wyrwać. Albo może poczucie beznadziejności? Wydawało mu się, że nigdy nie czuł się jeszcze gorzej i zastanawiał czy kiedykolwiek z tego wyjdzie, czy coś sprawi, że kiedyś jeszcze się uśmiechnie.

A więc było z nim źle. Chyba mieli rację, traktując go poważnymi słowami, oceniając sytuację dobitnie i bez przekłamań. Dlaczego był wściekły? Dlaczego nie chciał ich słuchać? Dlaczego zdenerwował się i uraził, kiedy usłyszał słowa prawdy, które w dodatku nie miały na celu go obrazić?

Jednakże w poczuciu Oswalda to on został skrzywdzony. Wydawało mu się, iż to on ma rację, a jeżeli nawet jej nie ma… dlaczego miał być przez nich potępiony? Czy dlatego, że jest od nich inny, wybrał inną drogę? Dlaczego chcieli żeby ta inność aż tak Oswalda zabolała?

Po raz kolejny w życiu poczuł się wzgardzony i odrzucony. Ale tym razem bardziej, bo przez osobę, która wydawała się go akceptować. Tym razem to był już koniec. Coś, co przez lata szargano i doprowadzano do skraju wytrzymałości wreszcie pękło. Oswald czuł, wiedział, że tak musi być. Wiedział, iż dłużej nie będzie się bez sensu miotał i jeśli nie przerwie tego bezsensownego transu, zapadanie się jeszcze bardziej. Odszedł.

Mimo to coraz głębiej odczuwał bezsens istnienia. Coraz częściej powracało nie pytanie „dlaczego jestem?”, ale gotowa na odpowiedź. Życie jest tylko przypadkiem. Człowiek też powstał przez przypadek. Oswald o tym wiedział. Ale zwykle nie myślał. Bo wtedy odczuwał jakiś dziwny, nieokreślony ból i smutek.

Dlaczego starano się udowodnić mu, że jest gorszy? Tego zrozumieć nie umiał. Dla niego zwykle to oni byli gorsi, barbarzyńscy, zwierzęcy. Ale czy nie mieli tacy być? Ludzie to zwierzęta. Jeszcze zwierzęta, które zatrzymały ewolucję, aby nie zostać wypartymi przez coś bardziej ludzkiego niż oni. Oswaldowi wydawało się, że to on powinien wygrać z nimi jako lepsza istota. Tymczasem przegrywał. Coraz bardziej pogrążał się w swoich próżnych staraniach. Może więc to oni byli lepsi biologicznie?

Na tę myśl zaśmiał się mimo woli. Nie. Przecież byli tacy sami. A jednak inni. Przez to dzielił ich dystans nie do przebycia.

Położył się na niewygodnym łóżku, kładąc ręce pod głowę. Kiedy to się tak właściwie zaczęło? Nie pamiętał swojego dzieciństwa. Dziewiętnaście lat ciągnęło się wiekami, a potem zlało w jedną wielką papkę, z której nie sposób mu było wyciągnąć pojedynczych wspomnień. Nie umiał sobie odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało jego inność, czy zawsze był taki, czy może z czyjejś winy. Czy miał coś do zarzucenia rodzicom? Nie, kochał ich i szanował, stanowili dla niego wzór postępowania. Ale oni także nie byli tacy jak on. Im bardziej dorastał, tym bardziej zdawał sobie z tego sprawę.

Tak naprawdę nikt nie pokazał mu tego, co wybrał. To pojawiło się nagle, samoistnie, a może budowało się przez lata gdzieś w jego wnętrzu. Nie potrafił określić dokładnie. W każdym bądź razie było to silne. Któregoś dnia okazało się, że jego osobowość jest już ukształtowana i nic nie może jej zmienić. Oswald czuł się ukończony, ale jednocześnie przerażało go to dziwne uczucie.

Czym tak dokładnie się różnił? Wyglądał normalnie, miał ładne, dojrzałe rysy, błękitne oczy i długie jasne włosy. Nie narzekał na swój wygląd, nigdy też nie doznał przykrości z jego powodu. Jeśli kiedykolwiek coś go bolało, to na pewno nie przez wygląd, na który nikt nie zwracał uwagi. To coś wychodziło z jego wnętrza…

Usłyszał ciche skrzypnięcie. Podniósł głowę i wyprostował się. Do pokoju weszła lekko speszona dziewczyna.

— Dobry wieczór… — powiedziała cicho, jakby obawiając się ataku gniewu z jego strony. — Przyniosłam obiad.

— Zaczekaj, — zatrzymał ją, kiedy odstawiła tacę na stole.

Spojrzała zdziwiona w jego oczy.

— Czy coś Panu nie odpowiada? — zapytała, starając się nie okazywać w głosie żadnych emocji.

— Nie, — uśmiechnął się lekko. — Wszystko jest w porządku. Zastanawiam się tylko, dlaczego się boisz…

Kobieta stanęła w całkowitym osłupieniu.

— O czym Pan mówi?

— Przecież widzę, że jesteś przestraszona. Dlaczego?

Oswald wstał i przysunął jej krzesło. Z początku nie chciała usiąść. Całkowicie nie rozumiała o co chodzi dziwnemu młodzieńcowi.

— Wcale nie jestem, — powiedziała.

Opadł na łóżko.

— Dlaczego sprawiasz takie wrażenie?

Odwróciła wzrok w kierunku ściany.

— To nie jest najlepsze miejsce. Właściciele są w porządku, ale niektórzy klienci nie, — tutaj sposępniała. Odsłoniła dekolt. Na jej skórze widniały czerwone pręgi, jakby znaki po przecięciu. — Niektórzy są jak zwierzęta, wystarczy jedno niewłaściwe spojrzenie. Albo się obrażą, albo uznają, że są prowokowani. A wtedy…

Przerwała. Zobaczyła, że chłopak kryje twarz w dłoniach.

— Dlaczego tak jest? — zapytał. Ale bardziej siebie niż ją.

— Okrucieństwo świata. Tak było zawsze, nikt jeszcze z tym nie wygrał.

— Nie… nie to. Dlaczego nie ma miejsca gdzie mógłbym uciec i być wolnym? Uwolnić się od tych myśli, od strachu, od wszystkiego… — zacisnął dłonie.

— Ucieczka nie jest dobrym rozwiązaniem, — zaprzeczyła ruchem głowy. — Możesz zgubić swoją drogę i już jej nie znaleźć.

— Obawiam się, że już ją zgubiłem, — mruknął, odwracając się do niej plecami.

Drzwi skrzypnęły ponownie i Oswald został sam ze swoimi przemyśleniami.

 

niedziela, 14 października 2007

Oto jak czują się szczęśliwcy
Co oświeca umysły sławione
Jak wiosenna jutrzenka
Gdy wcześnie wstaje słońce
Jako gładkie wstęgi chmur na niebie
Niczym ciemna jesienna noc

A jak czuję się ja
w swych ponurych czeluściach?

Amorphis - Black Winter Day

Opowieść ta jest całkowicie fikcyjna. Miejsca akcji nie należy utożsamiać z żadnym istniejącym państwem ani przedstawionej obyczajowości przypisywać konkretnym narodom. Opisany świat — choć realistyczny — nie jest naszym światem. Bohaterowie mogą posiadać cechy prawdziwych osób, lecz tożsamość tychże nie będzie ujawniona.

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31