Deszcz uderzał rytmicznie w parapety i szyby okien. Ulicę powoli zalewał mrok późnego zimowego popołudnia. Zapalały się kolejne lampy oświetlając ponury zaułek przyćmionym blaskiem. Nad ziemią wisiały ciężkie granatowe chmury. Od kilku dni robiło się coraz zimniej, więc wszyscy spodziewali się rychłego opadu śniegu.
Oswald oparł ramiona na blacie stojącego pod oknem stolika i spojrzał ślepym wzrokiem w szybę. Czuł się zmięty, wstępnie przetrawiony i wypluty. Nie miał pojęcia, skąd bierze się u niego ten zły nastrój, który dopadał go ostatnimi czasy coraz częściej. Nie wiedział też co męczy go bardziej, czy ta okropna niemoc, którą stan ów wprowadzał, czy świadomość, że nie może się z niej wyrwać. Albo może poczucie beznadziejności? Wydawało mu się, że nigdy nie czuł się jeszcze gorzej i zastanawiał czy kiedykolwiek z tego wyjdzie, czy coś sprawi, że kiedyś jeszcze się uśmiechnie.
A więc było z nim źle. Chyba mieli rację, traktując go poważnymi słowami, oceniając sytuację dobitnie i bez przekłamań. Dlaczego był wściekły? Dlaczego nie chciał ich słuchać? Dlaczego zdenerwował się i uraził, kiedy usłyszał słowa prawdy, które w dodatku nie miały na celu go obrazić?
Jednakże w poczuciu Oswalda to on został skrzywdzony. Wydawało mu się, iż to on ma rację, a jeżeli nawet jej nie ma… dlaczego miał być przez nich potępiony? Czy dlatego, że jest od nich inny, wybrał inną drogę? Dlaczego chcieli żeby ta inność aż tak Oswalda zabolała?
Po raz kolejny w życiu poczuł się wzgardzony i odrzucony. Ale tym razem bardziej, bo przez osobę, która wydawała się go akceptować. Tym razem to był już koniec. Coś, co przez lata szargano i doprowadzano do skraju wytrzymałości wreszcie pękło. Oswald czuł, wiedział, że tak musi być. Wiedział, iż dłużej nie będzie się bez sensu miotał i jeśli nie przerwie tego bezsensownego transu, zapadanie się jeszcze bardziej. Odszedł.
Mimo to coraz głębiej odczuwał bezsens istnienia. Coraz częściej powracało nie pytanie „dlaczego jestem?”, ale gotowa na odpowiedź. Życie jest tylko przypadkiem. Człowiek też powstał przez przypadek. Oswald o tym wiedział. Ale zwykle nie myślał. Bo wtedy odczuwał jakiś dziwny, nieokreślony ból i smutek.
Dlaczego starano się udowodnić mu, że jest gorszy? Tego zrozumieć nie umiał. Dla niego zwykle to oni byli gorsi, barbarzyńscy, zwierzęcy. Ale czy nie mieli tacy być? Ludzie to zwierzęta. Jeszcze zwierzęta, które zatrzymały ewolucję, aby nie zostać wypartymi przez coś bardziej ludzkiego niż oni. Oswaldowi wydawało się, że to on powinien wygrać z nimi jako lepsza istota. Tymczasem przegrywał. Coraz bardziej pogrążał się w swoich próżnych staraniach. Może więc to oni byli lepsi biologicznie?
Na tę myśl zaśmiał się mimo woli. Nie. Przecież byli tacy sami. A jednak inni. Przez to dzielił ich dystans nie do przebycia.
Położył się na niewygodnym łóżku, kładąc ręce pod głowę. Kiedy to się tak właściwie zaczęło? Nie pamiętał swojego dzieciństwa. Dziewiętnaście lat ciągnęło się wiekami, a potem zlało w jedną wielką papkę, z której nie sposób mu było wyciągnąć pojedynczych wspomnień. Nie umiał sobie odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało jego inność, czy zawsze był taki, czy może z czyjejś winy. Czy miał coś do zarzucenia rodzicom? Nie, kochał ich i szanował, stanowili dla niego wzór postępowania. Ale oni także nie byli tacy jak on. Im bardziej dorastał, tym bardziej zdawał sobie z tego sprawę.
Tak naprawdę nikt nie pokazał mu tego, co wybrał. To pojawiło się nagle, samoistnie, a może budowało się przez lata gdzieś w jego wnętrzu. Nie potrafił określić dokładnie. W każdym bądź razie było to silne. Któregoś dnia okazało się, że jego osobowość jest już ukształtowana i nic nie może jej zmienić. Oswald czuł się ukończony, ale jednocześnie przerażało go to dziwne uczucie.
Czym tak dokładnie się różnił? Wyglądał normalnie, miał ładne, dojrzałe rysy, błękitne oczy i długie jasne włosy. Nie narzekał na swój wygląd, nigdy też nie doznał przykrości z jego powodu. Jeśli kiedykolwiek coś go bolało, to na pewno nie przez wygląd, na który nikt nie zwracał uwagi. To coś wychodziło z jego wnętrza…
Usłyszał ciche skrzypnięcie. Podniósł głowę i wyprostował się. Do pokoju weszła lekko speszona dziewczyna.
— Dobry wieczór… — powiedziała cicho, jakby obawiając się ataku gniewu z jego strony. — Przyniosłam obiad.
— Zaczekaj, — zatrzymał ją, kiedy odstawiła tacę na stole.
Spojrzała zdziwiona w jego oczy.
— Czy coś Panu nie odpowiada? — zapytała, starając się nie okazywać w głosie żadnych emocji.
— Nie, — uśmiechnął się lekko. — Wszystko jest w porządku. Zastanawiam się tylko, dlaczego się boisz…
Kobieta stanęła w całkowitym osłupieniu.
— O czym Pan mówi?
— Przecież widzę, że jesteś przestraszona. Dlaczego?
Oswald wstał i przysunął jej krzesło. Z początku nie chciała usiąść. Całkowicie nie rozumiała o co chodzi dziwnemu młodzieńcowi.
— Wcale nie jestem, — powiedziała.
Opadł na łóżko.
— Dlaczego sprawiasz takie wrażenie?
Odwróciła wzrok w kierunku ściany.
— To nie jest najlepsze miejsce. Właściciele są w porządku, ale niektórzy klienci nie, — tutaj sposępniała. Odsłoniła dekolt. Na jej skórze widniały czerwone pręgi, jakby znaki po przecięciu. — Niektórzy są jak zwierzęta, wystarczy jedno niewłaściwe spojrzenie. Albo się obrażą, albo uznają, że są prowokowani. A wtedy…
Przerwała. Zobaczyła, że chłopak kryje twarz w dłoniach.
— Dlaczego tak jest? — zapytał. Ale bardziej siebie niż ją.
— Okrucieństwo świata. Tak było zawsze, nikt jeszcze z tym nie wygrał.
— Nie… nie to. Dlaczego nie ma miejsca gdzie mógłbym uciec i być wolnym? Uwolnić się od tych myśli, od strachu, od wszystkiego… — zacisnął dłonie.
— Ucieczka nie jest dobrym rozwiązaniem, — zaprzeczyła ruchem głowy. — Możesz zgubić swoją drogę i już jej nie znaleźć.
— Obawiam się, że już ją zgubiłem, — mruknął, odwracając się do niej plecami.
Drzwi skrzypnęły ponownie i Oswald został sam ze swoimi przemyśleniami.